fbpx

Zawodnik Tygodnia – Rafał Kłosowski

Warto czasem pokazać się w TV, by wyciągnąć choć jedną osobę z kanapy. Przyszły partner startowy naszego dzisiejszego bohatera usłyszał o swimrunie w telewizji śniadaniowej. Od tego czasu na listach startowych nazwisko Kłosowski pojawia się regularnie. Poznajcie swimrunową historię Rafała.

Jestem swimrunerem bo

… okazało się, że swimrun to idealny sport dla mnie. To aktywność, która mnie nie nudzi.  Dla mnie, całkowicie zielonego szczawia w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej to był zupełnie abstrakcyjny temat – naprzemienne bieganie i pływanie bez zmiany stroju!!! 

Kiedy to usłyszałem popukałem Ryśkowi do głowy – mojemu swimrunowemu partnerowi – że chyba postradał zmysły, i że to niemożliwe byśmy coś takiego przeżyli. A tu proszę, przepadłam jak przysłowiowa ciotka w Czechach (o Czechach będzie jeszcze później).

Uwielbiam ten sport, sposób na życie, trening, wypoczynek i zabawę. Dodatkowo spełniam się jako „pies przewodnik”, bo chyba trudno byłoby mi biec albo płynąć na drugim końcu linki. No taką mam naturę.

fot. Ultralovers

Czym ujął mnie swimrun
Uwielbiam bezpośredni kontakt z przyrodą, trudności terenowe, pływanie w otwartych akwenach, długie dystanse, zespołową motywację, jedność i odpowiedzialność. Do tego dochodzą podróże, spotkania z nowymi ludźmi, rozmowy, inne zwyczaje, kultura itd. Bardzo odpowiada mi atmosfera około startowa, życzliwe, przyjacielskie relacje między zawodnikami, brak tego „ironman’owego” nadęcia. Może to dlatego, że to sport niszowy, skupiający jeszcze względnie niewielu zawodników, a co za tym idzie nie skażony jeszcze nachalną komercją, wyścigiem zbrojeń i niezdrową rywalizacją.

Co robiłem zanim pojawił się swimrun

… hmmm, z perspektywy czasu widzę, że sportowo niewiele. Jeszcze w czasach szkoły średniej, a było to ponad ćwierć wieku temu szwendałem się po górach, coś tam biegałem, jeździłem na lokalne zawody, grałem w piłkę ręczną, potem była moda na koszykówkę, Jordan, Pippen, Payton, Malone…  Jednakże, to było tylko odrobinę więcej niż „średnia krajowa” , bo wtedy tak toczyło się życie.

Zdarzył się epizod z nurkowaniem , które uwielbiam i chciałbym jeszcze do niego wrócić. Teraz przynajmniej umiem pływać. Potem studia, praca, tzw. „ustatkowanie się”, jakaś droga kariery, małe sukcesy, porażki, wypalenie…. w międzyczasie kilka kontuzji kolan na rolkach, łyżwach, nartach (a na snowboardzie nie, jest SUPER!) , bo jednak brakowało mi zdrowych endorfin, w przeciwieństwie do dodatkowych kilogramów. To trochę jak skądinąd znane hasło „Od grubasa do ultrasa”. Skończyło się to artroskopią, wycięciem guzka i korektą więzadeł, na szczęście były całe. I można by rzec, że to był swego rodzaju przełom.

Po zabiegu rehabilitacja szła średnio, przez pół roku borykałem się z bólem, aż zdecydowałem się wymrozić dziada i pojechałem na moje pierwsze morsowanie.

Archiwum Rafała Kłosowskiego

Potem drugie i trzecie wśród znajomych, w miłej atmosferze. Pomagało, ból ustąpił, czułem się znacznie lepiej. Na którymś morsowaniu z kolei, na spotkanie przybiegła jedna z koleżanek i to mnie poruszyło.

4 km PRZYBIEGŁA!!!

Byłem w szoku, a jednocześnie powiedziałem sobie, że też tak chcę. I zaczęło się. Najpierw spacer w jedną stronę z kijkami, plecakiem, ubraniem, karimatą itd. Potem w obie. W następnym sezonie był już trucht z tymże plecakiem i karimatą. I tutaj zaczyna się już historia swimrunowa, bo którejś niedzieli kiedy już biegłem sobie nad rzekę zatrzymał się obok mnie samochód i ktoś zapytał czy biegnę na morsowanie i kiedy będzie. To był Rysiek, moja druga swimrunowa połówka. Od tego czasu zaczęliśmy razem morsować, biegać, jeździć na rowerze, do czasu kiedy Richard obejrzał na TVN wywiad z winowajcą naszej swimrunowej zajawki i zaczął mi wiercić dziurę w brzuchu, żeby się zapisać i wystartować. No i stało się.

Mój pierwszy raz w swimrunie

Niczego nieświadomi zapisaliśmy się na dystans Maraton nad Soliną. Coś tam biegaliśmy, chociaz w terenie rzadko. Czyli jest zonk z pływaniem, basen to nie to samo co otwarta woda, do tego jeszcze jakieś wiosełka, ósemka, no i pianka. Powiedzieliśmy A, to teraz trzeba wyrecytować resztę alfabetu. B jak basen, C jak cóżżemzrobił i D jak Decathlon – pierwsze wiosełka – hi hi hi.

Nadeszła wiosna i trzeba było się rozejrzeć za jakimś miejscem do treningu OW i zakładek. Na pierwszy ogień poszedł zalew w Łapanowie gdzie zameldowaliśmy się na początku maja ze świeżo nabytymi drogą zakupu piankami, ósemkami, ogromnymi wiosłami MP i linką. Woda zimna, ledwo widać drugi brzeg oddalony niewiele ponad 100 m. Raz kozie śmierć! Poszło gładko. Kilka długości i do domu. Byliśmy tam jeszcze kilka razy, zanim nie odkryliśmy tuż za miedzą świetnej żwirowni w Targowisku. Tam już do samych zawodów szlifowaliśmy formę.

I w tym miejscu muszę się pochwalić, że 2 miesiące przed startem spędziliśmy tam pół dnia odwzorowując etap po etapie cały soliński wyścig. Zajęło nam to niecałe 4 godziny co było świetną prognozą na wrześniowe zawody. Efekt – 24 miejsce w kat MAN na dystansie Maraton, 33 miejsce w kat OPEN na dystansie 25 km z czasem 4:09:42 ! Pomimo niesprzyjającej pogody, bieszczadzkiego błota, błędów w odżywianiu na trasie plan wykonaliśmy w 110%.

fot. Sylwia Kukla



Najpiękniejsza przygoda:
Jednej nie da się wybrać, bo pięknych chwil było wiele. Przygody zwykle wiążą się z wyjazdami, a z perspektywy lat cieszę się, że każda następna jest bardziej ekscytująca. Nie osiadam na laurach, chcę więcej, sięgam dalej. Jednakże żeby nie zostawić pytania bez odpowiedzi przeczytaj proszę następną odpowiedź.

Zawody życia:
To zeszłoroczne zawody Otillo na Malcie gdzie wystartowaliśmy z Karoliną Gołaszewską na najdłuższym dystansie, klasyfikowanym jako eliminacje do MŚ w Szwecji. Była to rywalizacja z najlepszymi swimrunnerami na świecie – było pięknie, groźnie i wzruszająco. Polskę na dystansie zaliczanym do punktacji MŚ reprezentowało 6 zespołów NU #goswimrun.pl, #KissMyPaddles, Pikes, Wroclove, SMT Szczecin i my  jako – #tuttiftuttiteam. 

Medali ani dyplomów z tej okazji nie było. Za to atmosfera była przednia zarówno pierwszego jak i drugiego dnia rywalizacji, mimo że warunki pogodowe były diametralnie różne. 

Przyroda pokazała nam gdzie nasze jest miejsce i na co tak naprawdę nas stać. Chociaż gdyby nie lekkomyślność organizatorów i te słynne już ostatnie 300 m pływania nie dowiedzielibyśmy się tego, nie poczulibyśmy tej szczególnej więzi i odpowiedzialności między członkami zespołu. Jak się potem okazało wszystkie trzy polskie mixy miały bardzo trudny finisz. Na szczęście wszyscy dotarliśmy do mety cali i zdrowi, chociaż z mniejszymi i większymi uszczerbkami na sprzęcie. 

Archiwum Rafała Kłosowskiego

Mogę z całą pewnością powiedzieć, że te zawody „wygrałem” głową. Bo to, że biegowo byłem świetnie przygotowany na stadionowych treningach grupy #CreativeBochniaBiegaTeam to rozumie się samo przez się, ale kluczowe dla mnie były pływania , których część zresztą odwołano. Dlatego, te 7,5 kilometra w kiepskiej pogodzie, przy raz większej, raz mniejszej fali, przy zimnych prądach, poszły w miarę gładko dzięki trenerowi Maćkowi Gawędzie z #H2OBochnia i mojemu partnerowi Ryśkowi Kukli. A tego bałem się najbardziej.

Wisienką na torcie było ostatnie pływanie, 300 m w praktycznie sztormowych warunkach, kiedy to wszystko zagrało perfekcyjnie. Siła, opanowanie, pewność siebie i do znudzenia powtarzane ruchy, to właśnie ta wypracowana godzinami baza, która zamieniła się w piekielny silnik napędzany adrenaliną. To on pozwolił dotrzeć naszej parze (ba! nawet trójce) do mety. A tam jak zobaczycie w galerii poniżej emocje wzięły górę, było szczęście, wzruszenie, radość i satysfakcja.

Chciałbym podziękować także naszym kibicom i ekipie wsparcia na Malcie, a szczególnie Agnieszka Gortel-Maciuk i Michał Dudek za to, że przemierzyli z nami praktycznie całą trasę motywując do dalszego wysiłku, zdając relację z sytuacji na trasie, a właściwie za to, że byli. Na koniec powiem Wam że ten wyścig dam mi bardzo wiele. Po pierwsze przesunęły się po raz kolejny się granice możliwości, po drugie przyszła refleksja, co w tym wszystkim jest najważniejsze, a właściwie kto. I po trzecie, tak ekstremalne emocje, zupełnie pozasportowe, ustawiają podejście do życia szybko, bezdyskusyjnie i myślę że trwale.


Nawiązując jeszcze do poprzedniego pytania. Na Malcie spędziliśmy ośmioosobową ekipą  7 rewelacyjnych dni, startując, zwiedzając, bawiąc się i odpoczywając. Jedliśmy lokalne przysmaki, poznaliśmy fajnych ludzi. To była piękna przygoda. Chcę tam kiedyś wrócić.

Solo czy team?
Bezdyskusyjnie zespół!  Dziękuję za uwagę !

fot.Sylwia Kukla

Ilość partnerów….w swimrunie?
Hmmm … Jestem zdeklarowanym poligamistą. Startuję głównie z moim Ryśkiem, razem przetrwaliśmy bardzo intensywny sezon 2019. Miałem szczęście trzykrotnie wystartować w mixie. Pierwszy raz z Karolką Gołaszewską w Stężycy, gdzie zajęliśmy 4 miejsce.W covidowym roku udało mi się wystartować tylko na Wiórach w parze z Ewą Świgoń. Na podwórku u Jędrka zajęliśmy 3 miejsce. To było moje pierwsze pudło za co bardzo jestem Ewie wdzięczny. Myślę, że zmiany partnerów pozwalają się nam doskonalić, być przygotowanym na różne okoliczności, radzić sobie w rozmaitych sytuacjach. A co do częstotliwości zmian – pozostawiam to każdemu do osobistej oceny.

Fot. Archiwum Rafała Kłosowskiego

Gdy dopada mnie kryzys na trasie, to:
… zwykle oznacza zmęczenie, brak racjonalnej oceny sytuacji, błędy w przygotowaniu, żywieniu itd. Wtedy to jest po prostu moja wina. I tu jest miejsce aby wspomnieć nasz wyjazd do Czech. Wygraliśmy z Ryśkiem pakiet startowy na FB profilu Swimrun Poland, pierwsze zawody za granicą. Byliśmy w formie i mieliśmy chrapkę na dobry wynik. Wszystko szło wyśmienicie przez ok. 1/3 trasy, do momentu kiedy na stromym, szybkim, leśnym zbiegu Ryś się potknął, a ja pociągnąłem go w powietrzu – bo byliśmy spięci linką. Cała ta figura zakończyła się przykrym fikołem i skręcona kostką Ryśka. Kontynuowaliśmy wyścig tylko, że wolniej.

Z biegiem czasu kostka coraz bardziej doskwierała, ulgę przynosiło pływanie w całkiem chłodnej wodzie jak na lato. Na którymś  z nich włączyło mi się irracjonalne myślenie o tym jak partner mi zasłabnie, że go boli, że może mieć skurcz, bo oszczędza jedną nogę, pójdziemy na dno itp. Bezwiednie zacząłem coraz szybciej wiosłować, brakowało mi powietrza i wtedy się zatrzymałem na środku jeziora.  Wtedy dotarło do mnie, że miałem atak niczym nieuzasadnionej paniki, straciłem realny obraz sytuacji. Potem wszystko było już jak zwykle. Tą sytuację z Czech przypomniałem sobie po wyścigu na Malcie, gdzie okoliczności były nieporównywalne, ale przygotowanie, pewność siebie, wsparcie ekipy i ciągle jasny umysł po ponad 7 godzinach wyścigu pozwoliły ukończyć dystans na chłodno… potem było mokro.

Ponadto w swimrunie jest nas dwoje, jeżeli jeden z nas traci kontakt z rzeczywistością chce za dużo, za szybko, za mocno jest drugi, który w odpowiedniej chwili wyleje nam kubeł zimnej wody na głowę. Do tego niezbędna jest też nieprzerwana komunikacja, obserwacja i czucie partnera, doświadczenie itp.
Dlatego kiedy jest kryzys to trzeba zwolnić, zatrzymać się i poukładać myśli. „… zmiana rozkazów świadczy o ciągłości dowodzenia”. Reszta to już czysta formalność.

Co czuję, kiedy dobiegam do mety:
za każdym razem szczęście, bez względu na zajmowaną pozycję. Bo zrobiliśmy to RAZEM, bo ukończyliśmy rywalizację, bo dotarliśmy do mety cali i zdrowi, bo pięknie walczyliśmy o każdy kilometr, bo czeka nas jeszcze wiele takich chwil. Przy okazji zadowolenie z tego, że zostawiliśmy wielu za plecami, wielu młodszych. W gruncie rzeczy meta to też radość z przetrwania, dowód naszej biologicznej wartości i siły umysłu.

fot. Otillo Swimrun Series

Moje przygotowania do sezonu.
Zwykle się nie kończą, bo przecież nawet jak nic nie robię i się obżeram to buduje masę mięśniową 😉 w normalnych warunkach regularne bieganie, starty w zawodach biegowych, regularne pływania basenowe. To chyba standard. Ostatnio poza morsowaniem dorzuciliśmy jeszcze górskie wycieczki w letnim outficie fajne to jest.  W covidowych czasach jest różnie, zamknięte baseny, zimna woda na żwirowni… ciężkie jest życie swimrunnera.

Najlepsze jedzenie po dobrze zrobionym treningu, starcie:
To jest to na co masz wtedy ochotę i nie ważne czy to jest schabowy z kapustą czy bułka z serem i pomidorem, zawsze wtedy smakuje wyśmienicie. Ha ha Ha, pamiętam na Malcie jak zaspokoiłem pierwszy głód to wyjadałem tylko krewetki z makaronu 

Najbardziej lubię:
Kontakt z drugim człowiekiem, budowanie relacji, realizację planów. Mimo to są momenty kiedy niczego więcej nie chcę jak ciszy, spokoju, samotności i snu. Może to dziwne ale lubię prowadzić samochód, nie jakoś sportowo tylko tak zwyczajnie przemieszczać się z punku A do punktu B.

Inne sporty, które uprawiam:
Snowboard, lubię jeździć na rowerze, chodzić po górach. Chciałbym wrócić do nurkowania, nauczyć się żeglować i pływać z latawcem.

Rodzina i znajomi patrzą i mówią:
Często słyszę pochwały, wyrazy podziwu, zazdrości, ale to od „obcych ludzi’ natomiast najbliżsi nie szczędzą krytyki, że poprzewracało mi się w głowie, że to kryzys wieku średniego, że to wpędzi mnie do grobu, albo że nie ma na co innego wydawać pieniędzy, znowu gdzieś jadę, gdzie idę przecież pada i jest zimno, że wreszcie się utopię itp. Ja rozumiem, że to jest absorbujące, że mówią to z troski, niewiedzy albo co gorsza z zazdrości i ignorancji, ale to nie pomaga ani w utrzymywaniu dobrych relacji ani w realizowaniu pasji. kiedyś w rozmowie ktoś mi powiedział, że podziwia moje postępy w sporcie, małe sukcesy i porażki, bo wie jak wiele wysiłku mnie to kosztuje. Większość ludzi widzi tylko efekt finalny naszej pracy, medal, zdjęcia z uśmiechniętą gębą, post na social mediach nie wiedząc jaka droga prowadzi to tego ułamka sekundy uchwyconego przez fotografa.

fot. Ultra Lovers

Słucham…
Czy słyszę?, tak całkiem dobrze. Czy słucham? oczywiście. Czasami chciałbym słuchać mniej uważnie, i nie wychwytywać tego co niewypowiedziane, bo potem waham się co z tym zrobić. Rozrywkowo słucham wszelakiej muzyki, rocka, filmowej, czasami lubię puścić sobie jazz albo swing.

Czytam…
Ostatnio rzadko czytam książki. Publikacje, rozporządzenia, ustawy to ostatnio mój chleb powszedni i na rozrywkę tekstową nie mam po prostu ochoty. Ogólnie to połykałem Sapkowskiego, Verne’a, Zafona, Alexa, Chriestie…

Mój sposób na relaks.
Spotkania z ludźmi, wspólne treningi, podróże i kuchnia. Lubię gotować i być karmiony potem leniwe rozmowy na kanapie. Może być też sauna, jacuzzi i drink z palemką na werandzie.

Jestem szczęśliwy gdy….
Kiedy jestem z bliskimi osobami, dzielimy się emocjami, wrażeniami z prozy życia marzeniami. Kiedy patrzę z dumą na swoją córkę jak rośnie na piękną i mądrą kobietę. Sportowo jestem zadowolony po każdym treningu, bo go zrobiłem,  szczęśliwy bywam kiedy na treningu lub zawodach jestem z przyjaciółmi, których do czegoś namówiłem, kiedy pokonują swoje słabości, albo kiedy sprawiają, że ją pokonuje swoje, kiedy razem osiągamy zakładane cele i czujemy tą trudną do określenia, ale bardzo mocną więź . Życzyłbym sobie żebym mógł iść dalej tą drogą i żeby nigdy mi nie zabrakło takich chwil szczęścia.

LEAVE A COMMENT