fbpx

Zawodnik Tygodnia – Maksym Rupieta

Maksym Rupieta – twardy zawodnik. Uczestnik wielu „combo” zawodów, m.in. Hardej Suki- najtrudniejszego triathlonu w Polsce. Przyznaje jednak, że biegi typowo przeszkodowe go nie kręcą. Zdecydowanie woli prawdziwą przygodę, którą tworzy natura. 

Mało kto wie, że Maksym pochodzi z Kazachstanu – 26 lat temu przyjechał do Polski na studia i został do dziś. Jak sam pisze o sobie „wychowany i ukształtowany w realiach ZSRR. Stara gwardia, ofiara zmiany systemów”. Dziś poznajcie Go bliżej.

 

Jestem swimrunnerem bo:

Bo chyba przesadziłem z książkami przygodowymi w dzieciństwie, bo lubię wstawać o piątej rano, bo mam w pamięci mgłę, unoszącą się o świcie nad zaporą Wióry czy na Jezioraku. Bo lubię, gdy zakładamy na siebie te wszystkie kolorowe zabawki i zanurzamy się w świecie po drugiej stronie lustra, gdzie czas gra jedną z głównych ról, a gwizdek startowy odłącza nas od Matrixa codzienności.

Czym ujął mnie swimrun:

W tym sporcie nie trzeba martwić się o złapanie gumy i ilość zapasowych dętek, o zerwany łańcuch czy hak przerzutki. Uwalniając się od złośliwości rzeczy martwych, polegamy tylko na sobie. Brutalna siła i taktyka. Czysta głowa i wsparcie partnera. No i na siku nie trzeba się zatrzymywać.

Fot. Aquaman Swimrun

Co robiłem zanim pojawił się swimrun:

Szukałem i nadal szukam granic swojej wytrzymałości, połączenia sportu z przygodą i sportu z przyrodą. Biegi uliczne , triathlon, kolarstwo długodystansowe, biegi górskie, swimrun… ? Prawie klasyczna droga z jednym wyjątkiem. Nie ujrzycie mnie na biegach przeszkodowych. Nie kręcą mnie i już.  No i zdążyłem wejść w triathlon w czasie, gdy nie był on modny. Tęsknię za porządną pralką i pierwsze odcinki pływackie po krótkim R1 dają namiastkę tej wątpliwej przyjemności dostania z łokcia. Say NO to Rolling Start, chciałoby się powiedzieć, „twardym trzeba być, a nie miętkim”. 

Mój pierwszy raz w swimrunie:

Niezapomniana przygoda nad Soliną, dystans jedyny słuszny – najdłuższy. Na początku jedyny partner swimrunowy Adam (odpowiadając na kolejne pytanie) jeszcze pytał na jaki dystans się zapisujemy. Od pewnego czasu takich pytań sobie już nie zadajemy, ot taki plus stałego partnera, który rozumie bez słów. Za to ciągle pyta czy „daleko są”? Zmuszając mnie do tego wielkiego wysiłku, jakim od pewnego momentu staje się obrócenie głowy i spojrzenie za ramie. Sam potrafi z kolei monitorować sytuację i rozpoznawać konkurentów w wodzie, czego ja kompletnie nie ogarniam. Wyżej ode mnie płynie, czy co… Przecież te czepki są wszystkie takie same.

Najpiękniejsza przygoda:

Zdecydowanie zdobycie z synem Korony Gór Polski, piękna przygoda która trwała rok. Każdą inną Hardą Sukę czy Zamieć mogę powtórzyć i powtórzę, bo je kocham, natomiast wspólne chwile z trzynastolatkiem, kiedy o drugiej w nocy wyruszamy na Tarnicę czy Rysy – mogą się zdarzyć przecież tylko raz.

Fot. Archiwum Maksym Rupieta

Zawody życia:

Jak do tej pory, moja pierwsza Harda Suka, zrobiona w trybie „nie myśl o wyniku, ciesz się chwilą i tym że tu jesteś”. Na biegowo – Maraton Komandosa, który miał być raz na spróbowanie, a stał się ulubionym biegiem i wisienką na koniec każdego sezonu startowego. Poziom testosteronu w powietrzu na starcie – level high.

Solo czy team?

Dotychczasowe starty to stosunek 8:1 na korzyść „team”.

Ilość partnerów w swimrunie:

Przywiązuję się do ludzi, w przypadku swimrunu – dosłownie.

Fot. Archiwum Maksym Rupieta

Gdy dopada mnie kryzys na trasie, to:

Pomagają lata doświadczenia. Przepis zarówno na doprowadzenie się do kryzysu jak i na wyjście z niego mam jeden – tempo wyścigu, odpowiednie lub nie. A uważam, że potrafię je kontrolować. Poza tym, jestem zwyczajnie uparty.

Co czuję gdy dobiegam do mety:

Wycelowane aparaty fotograficzne, więc klata do przodu i postawa godna ostatniej strony właśnie ukończonego rozdziału! A tak serio, chyba nie ma bardziej kolorowych i radosnych albumów, niż te swimrunowe. Triathlon jest cały na poważnie, w bieganiu same krótkie spodenki…

Fot. Archiwum Maksym Rupieta

Moje przygotowania do sezonu:

Wiadomo – będąc członkiem „kadry narodowej” poziom trzeba trzymać. Ale musi być cel. Wówczas przygotowania idą gładko, metodą zbliżoną do mojego ulubionego treningu – Biegu z Narastającą Prędkością. Tyle że w ostatnim czasie zabawa polega głównie na szybkim szukaniu kolejnego celu, który jeszcze nie został przełożony, a który podtrzyma motywację do mocniejszych jednostek. I tak teraz ciągle gonimy króliczka.

Najlepsze jedzenie po dobrze zrobionym starcie:

McWrap Bekon DeLuxe, duża kawa i McFlurry z Lionem. Przecież zasłużyliśmy sobie… I jeszcze taka długa droga do Poznania…

Fot. Swimrun Poland

Najbardziej lubię:

Zmianę statusu kolejnego wyzwania z „niemożliwe, jak ja mam to zrobić” na „zrobione”. A po pewnym czasie, kiedy kurz opadnie i sprawa przejdzie do statusu „jak ja to zrobiłem?” – poczucie satysfakcji, którego nikt nam nie odbierze. Chyba, że ten Niemiec Alzheimer. Ale po coś są przecież medale na ścianie chwały/płaczu…

Poza tym, lubię biec w nocy po lesie z czołówką (start wszystkich maratonów przesunąłbym na godzinę 2:00) oraz wyszukiwać nowe zawody i wkręcać w nie znajomych.

Inne sporty które uprawiam:

Mimo przejścia wymienioną wyżej drogi: biegi uliczne, triathlon, kolarstwo długodystansowe, biegi górskie, swimrun, do żadnej z dyscyplin nie straciłem zamiłowania i szacunku. Jak są góry – to musi być długo i wysoko, jak jest asfalt – musi być szybko i „na krótko”, ewentualnie w rękawkach. Walczę ze stereotypem, że ultrasy to cieniasy, którzy uciekli w góry od wyższych prędkości.

Fot. ChampionMan Duathlon Czepiń 2018

Rodzina i znajomi patrzą i mówią:

To już ponad 13 lat, więc już wiedzą że nie „niszczę sobie kolan”, a etap „podziwiania” na szczęście mamy za sobą. Została akceptacja i wsparcie.

Słucham, czytam:

Energetycznej muzyki, by się napędzać. Podcastów, by się dokształcać. A książki o tematyce sportowo/biograficzno/reportażowo/poradnikowo/kryminalnej przenoszę do kolejnego punktu – mój sposób na relaks. Wezwany przez Adama do odpowiedzi czego słuchamy przed startem – każdy zgadnie kto włączał telewizor w wynajętym domku na wsi o 4 czy 5 rano. Swoje wersje refrenu do tych utworów to my układamy jeszcze będąc w łazience, a przy kawie już śpiewamy z pamięci.

Mój sposób na relaks:

Jej wysokość Sauna. Wystarczy, że ciało i umysł odpłyną dwa razy w tygodniu, a czuję się jak nowonarodzony. A seanse saunowe przy ognisku, zapachu olejków eterycznych i łagodnej muzyce przenoszę do kolejnego punktu – jestem szczęśliwy gdy.

Jestem szczęśliwy gdy:

Nie ma podstaw do wyrzutów sumienia. Pracuję nad tym.

 

LEAVE A COMMENT