fbpx

Zawodnik Tygodnia – Łukasz Sadowski

Maratończyk biegów w wirtualnym świecie. Dotychczas jedynie „shiftem” w klawiaturze. Postanowił opuścić jednak strefę komfortu i wstał z kanapy. A potem już się potoczyło, że buzia sama się otwiera ze zdziwienia. OCR, triathlon, runmagedon, biegi ultra i swimrun. Historia sportowej przemiany Łukasza Sadowskiego.

Jestem Swimrunnerem bo:

Bo skupia wokół siebie wspaniałych ludzi, każdy z inna historią, ale połączonych pasją.

„Japończyk gotów był zginąć za cesarza. Ten motyw czynił go groźnym. Ale ci chłopcy gotowi byli zginąć jeden za drugiego. A ten motyw czynił ich niezwyciężonymi.”  Tak James Bradley pisał w swojej książce  „Sztandar chwały”. I tacy jesteśmy niezwyciężeni!

Fot. Runmagedon

Czym ujął mnie swimrun:

Przede wszystkim startami w parach oraz atmosferą. Gdy spróbowałem pierwszy raz triathlonu, który obecnie też jest częścią mojego życia, pamietam jak zostałem najpierw wciągnięty pod wodę, następnie ktoś po mnie przepłynął, a mój rower wyłapał pinezki na 10km i jedna osoba ze 100 mijających zareagowała na to, że próbuje ogarnąć przebite koło bo komuś się nie spodobało, że mu torujemy drogę zawodami do kościoła. W obecnym Triathlonie jest niestety też dużo snobizmu. Bieg Rzeźnika to podobno weryfikator przyjaźni czy związków ludzie przestają się odzywać po biegu w parach na dystansach ultra.

W swimrunie tego nie ma. Tu wszystko bazuje na pomocy i zdrowym współzawodnictwie. Mam kilka startów w teamie. Nigdy nie trafiliśmy na sytuacje gdzie ludzie robili po złości. Gdy spadł Ci czepek ktoś Ci podniósł czy nawet dał znać a nie czekał, aż będziesz zdyskwalifikowany. Gdy czasem po kilkudziesięciu km nie znajdujesz oznaczenia na trasie zawsze ktoś chętnie krzyknie, że źle pobiegłeś. 

fot. Ultra Lovers

Team czy solo?

Team. Mam szczęście do Ewy, z którą świetnie się uzupełniamy co sprawia, że gdy przychodzi zmęczenie jedno ciągnie drugiego do przodu. Nie ma obrażania się, marudzenia. Każdy chce pomóc. Plącze mi się lina, to Ewa ją przejmuje, mam problemy z nawigacją w wodzie, Ewa płynie z przodu. Gdy ona nie ma siły biec zawsze chętnie podciągnę ją na holu jak starcza mi sił. Dobry parter zawsze zmotywuje i wie kiedy odpuścić. Do tej dyscypliny trzeba mieć charakter. Charakter który jak trzeba podciągnie partnera, ale pozwoli odpuścić.

Gdy Ewie zdarzało się, uciec mi w wodzie (teraz już mamy sposób) nie było nerwów, że musiała na mnie czekać. Gdy ja natomiast miałem lepszy dzień i chciałem rwać na biegu, a Ewa potrzebowała odpoczynku to zwyczajnie odpuszczałem bez zawahania. Nie przeszło mi przez myśl, że możemy mieć gorszy czas na mecie…I to jest właśnie Swimrun i swimrunnerzy, ludzie którzy wiedzą co mogą i czego chcą, nie budują swojego lepszego czasu na krzywdzie innego zawodnika.

Co robiłem zanim pojawił się swimrun

Najpierw kanapa i do trzydziestego roku biegałem tylko w komputerze przy pomocy „shifta”. W pewnym czasie zacząłem biegać w realu i gubić kg. Spadło ich ponad 20. Spotkałem drużynę, która skradła moje serce i wprowadziła moje bieganie w pasję. Tak samo zrobił mój trener z pływaniem. Kiedyś myślałem, że pływam ale to było utrzymywanie się na wodzie i on mi to uświadomił w najdelikatniejszy możliwy sposób pokazał jednak jak to zmienić. Następnie powiedział o swimrunie i o tym, że widzi nas z Ewę na starcie. A że oboje lubimy spontaniczne decyzje to spróbowaliśmy. Oto jesteśmy tu gdzie teraz czyli przed planowaniem kolejnych swimrunów.

Fot. W biegu pisane

Mój pierwszy raz w swimrunie:

Bieszczady Solina. Muszę przyznać, że teren był tak piękny i tak klimatyczny, że to musiał być strzał w 10-tkę. Już po pierwszych km wiedzieliśmy, że to jest to i stanowimy świetny team!

Jechaliśmy jeszcze z kolegą i Maciek startował z randomowym człowiekiem, dobrali się jak z „tindera”. To nie mogło się udać, a jednak. Okazało się, że jego partner to totalny wymiatacz ale i wspaniały człowiek, przyjechał z żoną i wycisnął z Maćka granice wytrzymałości. Czy okazał chodź trochę nerwów, że musiał go ciągnąć? Nie. To był właśnie swimrunner. Do dziś zbijamy piątki na zawodach jak się widujemy.  

Fot. Łukasz Sadowski

Najpiękniejsza przygoda:

Każda była wyjątkowa. Solina to niesamowity teren i jeszcze organizator zorganizował burze która chodź przerażała to dała dodatkowych pozytywnych emocji. Jeziorak zaczęliśmy w dziczy kończąc w porcie przez całą masę wysepek i start w takiej mgle, że WOPR robił za nawigacje. Klimat nie do opisania. Wióry…zapora i wszystkie te wioski oraz teren Świętokrzyski wspaniałe wejścia i odcinki pływackie zrobiły przygodę którą się opowiada przez lata.

Zawody życia:

Jak to powiedział Sławek Konopka, że boi się jechać w kolejne miejsce na wakacje bo zapewne się w nim zakocha i będzie musiał zrobić tam zawody. Moje odczucia są podobne co do terenów w Polsce. Przyroda zafundowała nam wspaniałe widoki i puki co na żadnych zawodach swimrunowych nie zawiodłem się ani trochę. Każde były wyjątkowe i w wyjątkowym miejscu i bez wahania wróciłbym tam jeszcze raz!

LEAVE A COMMENT