Duchy, rap i maliny- czyli relacja z pływobiegu SWIMRUN WIÓRY 2019

Prze całe życie nigdy nie byłem w stanie zrozumieć sensu porannego wstawania. „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”, bez sensu… Co daje? To że się nie wyspał ? Jednak dzisiaj jak nigdy przedtem wiem co mi da… będą lecieć WIÓRY.

Świt, 4:50, oko żywe jak nigdy. W głowie melodia i rytm znanej ekipy:” …wbrew zasadom, wbrew fizyki prawom, ruszam się żwawo, wiec bijcie brawo…”. Serce w tym rytmie, jakby szybciej niż zawsze, jakby przewidywało co je dzisiaj czeka. Niewielkie, lecz pozytwne śniadanie i już po chwili jadąc samochodem materializuję piosenkę kołaczącą się w głowie, wrzucając CD do odtwarzacza. Moc rośnie.

fot. Ewa Ćwiklińska

Zjeżdżając z góry widzę w tle majaczące jezioro otulone pierzyną mgły, która zwiastuje ciepłą i komfortową temperaturę wody. Wioska namiotowa kipi pozytywną energią rozmów, komentarzy i oczekiwań, które muszą zostać spełnione. W tle namiotów postacie z mozołem wbijając się w pianki i smarując swe ciała wazeliną w międzyczasie dojadają resztki naleśników z masłem orzechowym. Niektórzy w ciszy, jakby w zadumie patrzą na jezioro mamrocząc coś pod nosem, jakby zaklęcia obłaskawiające ducha Wiór. Magiczna atmosfera rozlewa się obmywając wszystkich uczestników i tylko zdecydowany głos organizatorów wzywający na linię startu pozwala wrócić do rzeczywistości.

fot. Pietruszka Fotografia

Dwie setki serc na starcie, nigdy nie były tak bardzo tu i teraz!, jak w tym momencie. Chwila skupienia, rzut oka na technologiczne cudeńka na nadgarstkach i… ruszyli! Przed nami pierwsze cztery kilometry biegu z zapowiadaną wcześniej niespodzianką. Noga jeszcze nierozruszana, czekam aż załapię dobre ciepło na biegu, oddech powoli dogania serce. Lekki upad uprzyjemnia bieg, gdy po około pięciuset metrach długi krok drastycznie zmienia się w „ugniatanie kapuchy”. Kilkudziesięciometrowe podejście buduje niebiesko-czerwoną gąsienicę czepków z mozołem wdrapującą się na szczyt. To pierwsza część niespodzianki, będąca jedynie preludium do tego, co ma się wydarzyć za chwilę. Ledwo uspokojony oddech kilkunastominutowym biegiem po bezdrożach ponownie przyspiesza na sam widok góry szczerzącej się do nas gołymi skałami. Gdybym wiedział, wziąłbym czekan i kask. Wyskakujące spod nóg zawodników kamienie, obijają nam piszczele, niefartownie szlifując lekko moją facjatę i czubek głowy. Przez chwilę martwiłem się o moje okularki… wszak kupiłem nowe. Zdjąwszy je z czoła naszyję, z pomocą sizalowych lin ułatwiających wejście, wdrapuję się na górę. Temperatura ciała pod pianka niebezpiecznie wzrosła, jeszcze nie byłem w wodzie a jestem cały mokry. Partner wyraźnie zwolnił, jak w lustrze widzę w nim te same słabości. Niedaleka perspektywa ośmiusetmetrowego pływania motywuje do biegu, przecież tam nogi odpoczną. Jeszcze nas stać na chłodną kalkulację i trzymanie się strategii. Wreszcie odcinek pływacki. Jezioro wita nas ciepłą i kojącą ciało wodą. Szybko wpadamy w dobry rytm i bez trudu meldujemy się przy fladze na drugim brzegu. Nie zdejmujemy okularków i czepków przecież tylko siedemset metrów biegu dzieli nas od kolejnego, bardzo krótkiego pływania. Cztery długości basenu i będziemy na drugim brzegu. Bojka miedzy nogi i ruszamy. Kunszt naszego kraula zapewne rozwinął by się na tym krótkim odcinku, ba! nawet sięgnął by zenitu naszych umiejętności, gdyby nie atak podstępnych, wikłających, kłujących i paskudnie natrętnych wodorostów, które sprytnie owinęły mi się wokół twarzy, a mojemu partnerowi splątały nogi, skutecznie onieśmielając nasze pływackie zapędy. Jakby gryzły nas podwodne mrówki. Heroiczna walka, oraz dość głośne komentarze na temat wodnych chwastów (których treść niech pozostanie w domyśle), pozwoliły nam przebrnąć na drugi brzeg i rozpocząć bieg w kierunku pierwszego „popasu” z wodopojem. Po uzupełnieniu elektrolitów i glukozy, pełni energii pokonaliśmy kolejny odcinek pływacki oraz piękne, oblane sierpniowym słońcem łąki zatrzymując się w swej nonszalancji lub głupocie, jak kto woli, by ogołocić kilka krzaków z malinami. O Boże jakie dobre. Chwilo trwaj … a czas leci.

fot. Pietruszka Fotografia

Mijając gospodarza owej malinowej posesji, pokrzepieni jego dobrym słowem i komentarzem, jak sądzę zwracającym uwagę na wysoką temperaturę, który brzmiał „ lepiej się pływa niż biega, co?”, ruszyliśmy w kierunku CUT OFF-u, od którego dzieliło nas jeszcze siedemset metrów pływania i prawie dwa kilometry biegu. Jako że jesteśmy zespołem sumiennym i szybkim przybyliśmy do rzeczonej strefy 10 minut przed czasem. Za nami prawie połowa wyścigu, którego trudy zaczynamy odczuwać. Strategia odchodzi na plan dalszy, chociaż prawdopodobnie umarła już przy krzakach z malinami. Teraz pragniemy utrzymać równe tępo i dotrzeć kunsztownie do mety. Przed nami dwa krótkie odcinki pływackie i dwa niewielkiej długości crossy poprzedzające siedmiusetmetrowe pływanie i ponad czteroipółkilometrowy bieg w pełnym słońcu. Czytając te informacje z łapki pływackiej mentalnie przygotowujemy się do wyzwania. Głowa jest najważniejsza, reszta ciała zrobi to czego głowa pragnie. Krótkie odcinki pokonaliśmy sprawnie, relatywnie szybkie zmiany z biegu na pływanie nie odcisnęły na nas dużego piętna, zwłaszcza że zrobiliśmy je w towarzystwie znakomitego zespołu, który ubarwiał nam życie biegowe opowieściami o Hardych Sukach i innych zwierzętach, dla nas zupełnie egzotycznych i niedostępnych. Długie pływanie poprzedzające bieg „na patelni”,(tu rozmowy przerwano, wszak trudno dyskutować z pełnymi ustami) dało się odczuć w ramionach. „Wata arm” odbiera moc pociągnięcia pod wodą, za to noga jeszcze podaje, może uda się trochę zregenerować ramiona podczas biegu, zwłaszcza że przed nami jeszcze jedno długie tysiącmetrowe pływanie, poprzedzone kilkoma krótkimi odcinkami. Cóż, lubię patelnię, ale w kontekście naleśników, tu w ogóle nam nie odpowiadała. Mozolny, długotrwały bieg przez lekko ubite krzaki jeżyn i innych chaszczy wprowadził nas w lekki letarg. Jak mantra tłucze mi się w myślach sentencja usłyszana na CUT OFF-ie: „rozepnijcie pianki na długim odcinku, tam jest ukrop”, ale w lekkiej malignie jakoś nie mam na to ochoty. Noga za nogą, kolana niezbyt wysoko, oszczędzamy energię, nie odzywamy się do siebie, pot spływa po czole, cisza. Co jakiś czas budzimy się na chwilę by nie połamać nóg na wysokich progach ukrytych wśród zarośli, i ponownie wpadamy w lekki trans utrzymywany wolnym rytmem biegu. W głowie zaczynam słyszeć kolejny rapowy kawałek:

„Kocham czuć tętno na skroniach

Krople na czole
Mrowienie na dłoniach
Po co mam cokolwiek liczyć
Na końcu nic nie zostanie po nas”…

 

Skąd moja głowa wie co mi w tej chwili podrzucić ?

„Już widzę źle
A czuje lepiej
Krew grzeje się
Wygina mnie
Nic nie chce mieć
Przez miasto lecę
Tych parę chwil
Kroków po dnie…”

Jakże adekwatny kawałek. Nagle dopada mnie myśl że powinno być :” Przez chaszcze lecę”, i właśnie w tej chwili chaszcze się kończą. Woda, mój Boże jakie ukojenie! Ponad trzysta metrów ze stumetrową przebieżką i kolejnymi dwustoma metrami pływania sprowadzają nas ponownie na ziemię. Krótki bieg nabrzeżem i jesteśmy na ostatnim przystanku z płynami i jedzeniem. Ramiona nadal wiotkie. To kiepski prognostyk przed kilometrowym odcinkiem pływackim. Przez kolejne tysiąc dwieście metrów biegu szukam wewnętrznej motywacji do przepłynięcia ostatniego długiego odcinka. Jak się okazuje szukam w złym miejscu. Najlepsza motywacja biegnie koło mnie. Spięci odblaskowym paktem, który przypominał o sobie przez cały wyścig lekko pociągając nas za pasy, wiemy że nie możemy skończyć inaczej niż razem, wspierając siebie nawzajem. To właśnie kwintesencja całego przedsięwzięcia, duet, zespół, pomocna dłoń i motywacja której potrzebuje. Dobre słowo i błysk oka partnera. Jesteśmy już spokojni.

 

fot. Pietruszka Fotografia

Pozwalamy się ponieść duchowi Wiór. Ręka za ręką. Jakby synchronicznie, ale nie celowo, wdech, wydech, wdech, wydech. Suniemy w quazi ciszy jeziora, pilnując jedynie kierunku, objęci delikatnym bujaniem trójwymiarowej przestrzeni, niepostrzeżenie dopływamy do białej flagi. Już tylko dwa kilometry biegu i chwalebne 100 m pływania przy oklaskach bliskich nam osób i jesteśmy na mecie. Bieg przez las i błotniste dróżki kończy się kawałkiem asfaltu, który przypomina nam jak komfortowo się po nim biega. Droga kończy się na pomoście z którego wykonujemy niezwykle finezyjny skok do wody i dopływamy w glorii do brzegu, gdzie wita nas rozszalały tłum wielbicieli w osobach naszych żon, dzieci i innych pociotków. Jednak najbardziej pamiętam oklaski konkurentów, którzy już od dawna byli na mecie. Mam zawsze nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością że ten przejaw szacunku i aprobaty oraz pewnego rodzaju podziwu, napełnia każdego sportowca niezwykłą, pozytywną mocą, dzięki której odnosi również inne sukcesy. Dzięki Wam za to!

fot. Only travelers left alive

Zatem, naładowany tą mocą, obwieszony ekologicznym medalem otrzymanym z rąk przemiłej „sikorki” wraz z partnerem udaliśmy się naładować brzuchy. Mówiąc krótko, Koło Gospodyń rządzi. W moje sześćdzisięciokilogramowe ciało weszło naprawdę wiele pierogów i kaszy z fasolą. Dobra organizacja i wspaniała atmosfera na pewno sprowadzi nas tu w przyszłym roku. Łaskawy Duch WIÓR czeka.

Tomek Sawczyn

LEAVE A COMMENT